Ostatnio dodane
-
30 maja w Szczecinie – wykład Andrzeja Krzysztofa Kunerta „Kamienie na szaniec”
15.05.2012 -
Plan pracy na rok 2012
08.05.2012 -
22 maja w Pabianicach – wykład prof. dr hab. Marii Magdaleny Blombergowej „Cmentarze katyńskie”
08.05.2012 -
Plan pracy na 2012 rok
08.05.2012 -
23 maja w Gdańsku – wykład Aleksandra Kozickiego „Działalność Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego II Korpusu w latach 1945–1949 na terenie Palestyny i Austrii”
07.05.2012
Referaty
Dzieje polskiej konspiracji na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej
dr Rafał Wnuk
Bez prof. Tomasza Strzembosza ta książka by pewnie nie powstała. Nie wiem, czy bez niego odważyłbym się robić to, do czego nas zawsze namawiał, to znaczy podejmować się zadań trudnych, pozornie niewykonalnych. On mówił, że jak tonąć, to na otwartym morzu, a jak spadać, to z wysokiego konia.
Wierzbicki: Mówił jeszcze, że historyk, który nie ma wrogów jest złym historykiem, bo każdy, kto mówi prawdę, musi się komuś narazić.
Wracając do książki. Proszę Państwa, kiedy ją przeglądam, to nie tylko odczuwam strach o to, czy umiem dobrze pisać, ale mam też obawy dotyczące użytych źródeł, ponieważ, jak to Marek Wierzbicki powiedział, książka jest próbą zderzenia różnego typu źródeł z wielu archiwów. Sądzę, że 70% zgromadzonych przeze mnie informacji pierwotnie zdobył sowiecki aparat represji. Siłą rzeczy często perspektywa oglądu to perspektywa enkawudzisty. Niekiedy to jest punkt widzenia enkawudzisty niskiego szczebla, innym razem – Berii. W efekcie bezustannie musimy sobie zadawać pytanie, co jest odwzorowaniem rzeczywistości, a co ich kreacją, co pozostaje ukryte dla funkcjonariusza NKWD, a co za tym idzie, ukryte jest też przed historykiem, który próbuje rzecz całą po sześćdziesięciu paru latach rozwikłać. Przyznam, że praca nad tą książką była trudna jeszcze z jednego powodu. Otóż w momencie, kiedy zajmowałem się konspiracją wojenną i okresem lat 44–56, w wielu wypadkach byłem w stanie dotrzeć do żyjących jeszcze uczestników wydarzeń. Dzięki temu mogłem pokazać ich perspektywę widzenia, ich sposób postrzegania świata. W przypadku tej książki, poza niewieloma wyjątkami, było to niemożliwe. Według moich obliczeń ok. 30 tys. ludzi przewinęło się przez konspirację na Kresach. W więzieniach znalazła się połowa z nich. Prawdopodobnie większość tych więzień nie przeżyła. Samo to sprawia, że stosunkowo niewiele osób mogło złożyć relację. Kiedy przystępowałem do pisania tej książki, a to był koniec lat 90-tych, siłą rzeczy bohaterzy opisywanych wydarzeń odchodzili, nie bardzo było już z kim rozmawiać. Choć starałem się, tam gdzie to było możliwe, oddać głos uczestnikom zdarzeń – ponieważ relacja to ważny typ źródeł – zdaję sobie sprawę, że przeważają dokumenty sowieckiego aparatu represji.
Książka dotyczy całego obszaru okupowanego przez Sowietów. Odważyłem się omówić cały ów teren, ponieważ sądziłem, że dopiero wtedy publikacja będzie ciekawa. Pewna wiedza z istniejących regionalnych opracowań i „nos historyczny” przywiodły mnie do przypuszczenia, że jednak rzeczywistość Białostocczyzny i Wołynia stanisławowskiego czy lwowskiego to są różne światy. Porównanie wielkich polskich centrów, jakimi były Wilno i Lwów, do rozproszonych ognisk polskich na bagnistym Polesiu czy olbrzymich terenach Wołynia pokazuje, jak odmienne były to tkanki społeczne. Owa tkanka społeczna miała decydujący wpływ na kształt organizacji konspiracyjnych.
Dzisiaj spotykamy się w Warszawie, mieście, w którym przed wojną Polacy stanowili większość. W całej w Generalnej Guberni w 1939 r. Polacy pozostawali bezwzględną większością. Musimy pamiętać, że kiedy mówimy o Kresach, to jednie Białostocczyzna była terytorium, na którym Polacy stanowili ponad 71% ludności. Na Wileńszczyźnie to było ok. 52% . Na pozostałych obszarach ludność polska na terytorium żadnego województwa nie przekracza 50%. W Nowogródzkiem Polacy to ok. 34%, na Polesiu, według różnych źródeł, od 11,2 do 14,5 %, w Tarnopolskiem 37% . Woj. stanisławowskie zamieszkiwało ok. 16,5% Polaków. Na terenie woj. lwowskiego stanowili oni 46,5% ogółu ludności, na Wołyniu zaś 15,5%–16,5%.
Polacy dominowali najczęściej w centrach miejskich, na niektórych obszarach zamieszkiwali w dużych zwartych skupiskach wiejskich, gdzie indziej rozsiani byli wśród żywiołu ukraińskiego lub białoruskiego. Proszę pamiętać, że mówimy tak naprawdę o 4,5 miliona Polaków (około jednej trzeciej ludności) rozsianych po tym olbrzymim obszarze.
Struktura najważniejszej organizacji podziemnej – ZWZ – oparta była na przedwojennym podziale administracyjnym. Poszczególne województwa w nomenklaturze ZWZ określano jako okręgi. Jedną z cech charakterystycznych podziemia na Kresach Wschodnich była zdecydowanie większa niż na terenie Generalnej Guberni chęć znajdowania się w jednej, wspólnej organizacji. O ile w Lubelskiem czy na Mazowszu różnego rodzaju nurty polityczne starały się utrzymywać odrębność i wchodzić do większych organizacji możliwie późno, na najlepszych dla siebie warunkach, o tyle na Kresach dążono do jak najszybszej centralizacji podziemia. Sądzę, że to wynikało po prostu z poczucia względnej słabości, ze świadomości, że „my, Polacy, jesteśmy otoczeni przez mniejszości narodowe”, które niekoniecznie będą sprzyjały naszym dążeniom do odbudowy polskiej państwowości.
W latach 1939–1940 doskonale pamiętano Orlęta Lwowskie, wojnę z Ukraińcami o Lwów, akcję odbicia Wilna Litwinom. Myślę, że to decydowało o stosunkowo szybkiej mobilizacji organizacyjnej i wchodzeniu w większe struktury i to praktycznie bez żadnych warunków wstępnych. Marek Wierzbicki powiedział, że ta konspiracja była słabsza niż w Generalnej Guberni. W liczbach całkowitych była słabsza, ale jeżeli uwzględnimy polski potencjał ludzki na Kresach, musimy stwierdzić, że tamtejsi Polacy zaczęli konspirować szybciej i chętniej, niż na terenach Generalnej Guberni. Można mówić o wręcz błyskawicznym rozkwicie organizacji. Natomiast jej jakość często pozostawiała wiele do życzenia.
Przejdźmy do poszczególnych obszarów. O Lwowie postaram się powiedzieć niewiele, ponieważ za chwilę obejrzą Państwo film mówiący głównie o konspiracji lwowskiej. Lwów to tragiczny przykład miasta, w którym powstały dwa nielubiące się i rywalizujące ośrodki dowódcze. Otóż na przełomie listopada i grudnia do miasta przybyli, niemal jednocześnie, wysłannicy ZWZ z Paryża i SZP z Warszawy. Z Francji do Lwowa dotarł emisariusz który związał się ze środowiskiem antysanacyjnym i Stronnictwem Narodowym. Z Warszawy przybył wysłannik komendy SZP, który miał mandat budowania konspiracji opartej o kadry piłsudczykowskie – sanacyjne. W efekcie powstały 2 komendy okręgu: narodowa (ta paryska), zwana ZWZ-1 i warszawska, funkcjonująca w literaturze jako ZWZ-2. Rywalizowały one ze sobą, nawzajem się zwalczały i tę sytuację potrafiło wykorzystać NKWD. Przez te wzajemne animozje sowiecki aparat bezpieczeństwa zdołał podporządkować sobie ZWZ-1 i dogłębnie zinfiltrować ZWZ-2. Co ciekawe NKWD nie likwidował ośrodków dowódczych ZWZ, tylko starał się je utrzymać i wykorzystać polskie podziemie do infiltrowania władz polskich w Paryżu i podziemia na terenie Generalnej Guberni. Z dokumentów pośrednio wynika, iż w zamysłach Sierowa, Berii i co najważniejsze, Stalina, ZWZ na terenie obszarów Polski centralnej miał zostać w przyszłości użyty przeciwko Niemcom jako „aliant” Związku Sowieckiego. Nie mam wątpliwości, że takie myślenie było obecne wśród sowieckich decydentów. Obszar Lwów ZWZ to przypadek szczególnie tragiczny. ZWZ-1 od razu stał się organizacją masową. Między październikiem 39 a lutym 40 roku rozpoczęto tam masowe werbowanie do konspiracji i ZWZ oceniał, dosyć realistycznie, liczbę członków na 12–15 tys. ZWZ-1 budował siatki z założeniem krótkiego trwania okresu konspiracyjnego. Twórcy tej organizacji byli przekonani, że wiosną 1940 r. wojna rozgorzeje na nowo i trzeba mieć natychmiast kadry gotowe do obrony Lwowa, do obrony polskości tych prowincji przed Ukraińcami, a jednocześnie trzeba być przygotowanym do likwidowania sowieckiego aparatu administracyjnego. Oba lwowskie ZWZ-ty próbowały organizować województwa należące w założeniach ZWZ do obszaru lwowskiego ZWZ, czyli województwa stanisławowskie, tarnopolskie i wołyńskie.
Szczególnie interesującym przypadkiem jest Wołyń. Tam, podobnie jak we Lwowie, powstały dwa ZWZ-ty. Z tym że nie utrzymywały one żadnych kontaktów i nie doszło do tarć pomiędzy nimi. Pierwszy powstał, utworzony przez wysłanników ze Lwowa, ZWZ-1. Szybko, bo już w marcu 1940 r. siatka ta została zlikwidowana. Równolegle budowana była siatka ZWZ-tu w oparciu o kadry Wołyńskiego Związku Młodzieży Wiejskiej, który zrzeszał ludzi ideowo związanych z Henrykiem Józewskim, często młodzież wywodzącą się z Liceum Krzemienieckiego. Dla nich piłsudczyk Józewski był wielkim autorytetem, człowiekiem, który prowadził właściwą politykę narodowościową na Wołyniu. Ci ludzie starali się budować polską konspirację na zasadzie polskiego obywatelstwa a nie narodowości i to był wyjątek w skali kraju. Członkowie WZMW mieli bardzo dobre kontakty z tą częścią inteligencji ukraińskiej, która opowiadała się za funkcjonowaniem w ramach polskiej państwowości. W efekcie w wołyńskim ZWZ-cie w roku 1940 znalazło się stosunkowo wielu Ukraińców. W niektórych wsiach czy też miasteczkach placówki ZWZ-u, miały ich w swoich szeregach kilkunastu. Mówię o tym, gdyż z tej perspektywy późniejsze wydarzenia na Wołyniu są tym bardziej niezwykłe. Powstaje pytanie co się stało miedzy rokiem 40-tym a 43-cim, że nagle Wołyń staje się tym miejscem, w którym już nie było płaszczyzny dyskusji z Ukraińcami? W 1940 r. we Lwowie rozmawiano z nimi, bo się ich bano, ale nie wciągano do organizacji, a na Wołyniu starano się wciągnąć tych ludzi do ZWZ. Wołyński ZWZ budowany przez płk. Majewskiego „Śmigiela” działał do maja 1940 r. Na przełomie maja i czerwca NKWD rozbiło te siatki. Z Wołyniem związany jest jeden z najbardziej tajemniczych agentów NKWD Bolesław Zymon. Został mianowany przez płk. Roweckiego wysłannikiem ZWZ-u na Wołyń i miał odbudowywać Okręg Wołyń ZWZ. Przyprowadził on gen. Leopolda Okulickiego do Lwowa a potem doprowadził do jego aresztowania. Wywodził się właśnie ze środowiska WZMW, nigdy go nie złapano, nie wiemy, co się z nim stało.
W Stanisławowskiem konspiracja została rozbita dość późno, bo w czerwcu–lipcu 1940 roku, a niektóre siatki przerzutowe przetrwały nawet dłużej, komendant Okręgu ZWZ zdołał się ukryć i pozostał na wolności do wkroczenia Niemców. Był w kontakcie z niewielką grupą współpracowników, nie prowadził już jednak aktywnej działalności. Zdziesiątkowane, pozbawione elit przywódczych siatki terenowe nie funkcjonowały.
Na terenie województwa tarnopolskiego, bardzo mocno związanego organizacyjnie ze Lwowem, konspiracja tworzona była przez wysłanników ZWZ-1. Aresztowania z wiosny 1940 roku praktycznie unieruchomiły siatki ZWZ. Być może jedną z przyczyn tak mocnego uderzenia w Tarnopolskie było tzw. powstanie czortkowskie. W styczniu 1940 roku młodzież w Czortkowie zaatakowała garnizon sowiecki. Atak się nie powiódł. Natomiast w rejonie Czortkowa NKWD aresztował praktycznie całą polską elitę.
W północnej części Kresów zachodziły równie interesujące procesy. Wyjątkowym, ważnym, ale stosunkowo niewielkim terytorialnie był obszar, jaki znalazł się okupacyjnej strefie litewskiej. Przypomnę, że Wilno oraz jego najbliższe okolice zostały zajęte przez Armię Czerwoną, a następnie przekazane przez Sowietów Litwie. Konspiracja wileńska pod jednym względem, masowości podziemia, przypominała lwowską. W warunkach stosunkowo liberalnej, w porównaniu z Niemcami czy Sowietami, okupacji litewskiej błyskawicznie zorganizowano masową konspirację. Tam już na początku 1940 r. 4–5 tys. ludzi uformowanych zostało w pułki, bataliony, z podziałem na saperów, lotników, piechotę, artylerię. Była to konspiracja na tyle silna, że nawet zaczęła organizować Polaków na terenie Litwy właściwej, tworząc Kowieński Podokręg ZWZ.
Sauguma – litewska służba bezpieczeństwa, zadawała ciosy organizacji, ale skala represji była nieporównywalna z tym, co się działo pod okupacją sowiecką. Okręg Wilno ZWZ – ta duża, sprawna organizacja, w czerwcu 1940 roku, po zajęciu Litwy przez Sowietów, musiała się zmierzyć z nowym systemem okupacyjnym. Latem 1940 roku wileńska konspiracja nie ogranicza swej aktywności, wręcz przeciwnie, wśród członków ZWZ dominuje poczucie, że funkcjonariusze NKWD są „ślepi”. To przeświadczenie do złudzenia przypomina atmosferę panującą we Lwowie na przełomie 1939 i 1940 roku. I to jest pewna rzecz charakterystyczna – polscy konspiratorzy w pierwszym okresie uważają, ze NKWD jest bezsilne. Sądzę, że ten sztafaż był celowy. NKWD najpierw „wchodził” w uśpione poczuciem bezpieczeństwa środowisko, a potem zadawał bardzo mocny, radykalny cios. To, jak mi się wydaje, część taktyki, a nie przypadek.
Na konspirację wileńską najpierw pojedyncze, a potem coraz mocniejsze uderzenia zaczynają spadać dopiero jesienią 1940 roku. Doprowadzają one do aresztowania wiosną 1941 roku komendanta okręgu, a kolejny komendant w maju 1941 zostaje zmuszony do „zamrożenia” działalności ZWZ. Natomiast na Wileńszczyźnie, pomimo tego olbrzymiego potencjału zbrojnego, nie powstały oddziały partyzanckie.
Na Białostocczyźnie i zajętych przez Sowietów skrawkach Mazowsza polska konspiracja pod jednym względem przypominała jej wileńską odpowiedniczkę. Obie budowane były przez ludzi specjalnie do tego przeszkolonych – oficerów i podoficerów. Jeżeli przeanalizujemy życiorysy twórców organizacji konspiracyjnych, którzy weszli do ZWZ, to często natrafimy na ludzi z dywersji pozafrontowej. I to jest bardzo ciekawe zjawisko, że na Białostocczyźnie, oraz częściowo na Nowogródczyźnie, najważniejsze osoby to są ci ludzie, którzy od 36–37 roku są profesjonalnie przygotowywani do konspiracji. Wielu z nich przetrwało całą okupację sowiecką, całą okupację niemiecką i kontynuowało konspirację po 1945 roku. To jest taka podziemna „elita elit”. Choć często mają jedynie stopień podporucznika czy porucznika, to umieją bardzo wiele. Ale niewiele zdziałaliby bez społecznego zaplecza, które na tych obszarach było zapleczem polskim. Drugi ważny czynnik to sprzyjające warunki geograficzne – lasy augustowskie, Puszcza Grodzieńska czy Nalibocka, bagna Biebrzy – to są tereny, które naprawdę nadawały się do ukrywania.
Na Białostocczyźnie zaobserwować można kilka ważnych zjawisk. Po pierwsze przybywają tam stosunkowo liczni wysłannicy z Warszawy, którzy budują najpierw SZP, a potem ZWZ i tworzą organizację opartą na ludziach z dywersji pozafrontowej. To, poza Wilnem, jedyny obszar, gdzie struktury ZWZ będą działały nieprzerwanie pod okupacją sowiecką i dotrwają do wejścia Niemców. Druga rzecz to jest opór oddolny, rodzenie się lokalnych młodzieżowych i środowiskowych siatek, które w większości trafiają do ZWZ. W końcu, na Białostocczyźnie występuje odpowiednik znanych w GG „hubalczyków” – powrześniowych partyzantów, czyli żołnierzy WP którzy nie złożyli broni i z frontu poszli do lasu. Mam na myśli partyzantkę płk. Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszki”, który w trójkącie Augustów–Grodno–Bielsk Podlaski zbudował siatkę wsparcia oddziału partyzanckiego, liczącego w końcu 1939 roku 200 ludzi rozrzuconych w bazach partyzanckich na dosyć dużym obszarze. J. Dąmbrowski w końcu 1939 roku przeszedł na teren Wileńszczyzny i, ranny podczas przekraczania granicy, znalazł się w więzieniu, a później w obozie. Po wejściu do Wilna Sowietów, w czerwcu 1940 roku, znalazł się w rękach NKWD i w czerwcu 1941 roku został rozstrzelany. Pozostał po nim pewien potencjał organizacyjny i, jak się wydaje, w oparciu o ów potencjał powstały kolejne siatki, z których część współtworzyła ZWZ.
Warto powiedzieć kilka słów o dwóch siatkach, które przez długi czas utrzymywały autonomię względem ZWZ. Pierwsza to Polska Armia Wyzwolenia działająca na terenie Augustowskiego. Ta mająca jakieś korzenie w partyzantce Dąmbrowskiego organizacja zrzeszała zarówno przedstawicieli drobnej szlachty, młodzieży z tamtejszych gimnazjów, liceów, chłopów i miejscowej inteligencji. PAW wiosną 1940 weszła formalnie do ZWZ, jednak w praktyce zachowała niezależność. Specyfiką PAW jest prowadzenie intensywnej działalności partyzanckiej. Po pierwszych dwóch wywózkach wielu ludzi uciekło na bagna i do lasu. Oni tworzyli oddziały prowadzące walkę zbrojną. Członkowie PAW, ze względu na bliskość granicy z okupacją niemiecką (Suwalszczyzna), w przypadku zagrożenia starali się przekraczać te granice z Niemcami. Tak było m.in. podczas wielkiej operacji antypartyzanckiej NKWD z czerwca 1940 r. Fakt ten wykorzystali Niemcy. Schwytali na granicy część partyzantów, łącznie z komendantem obwodu, i skłonili ich do wypełniania zadań wywiadowczych na rzecz Niemiec. Co ciekawe niemiecką antysowiecką siatkę wywiadowczą opartą na Polakach z PAW budował ppłk WP Petro Diaczenko. Był on Ukraińcem ze środkowej Ukrainy, oficerem carskiej armii, później pracował w sztabie Petlury i walczył w wojnie 20-go roku. Następnie służył w WP jako oficer kontraktowy, ukończył szkołę wojenną oficerską, był więc oficerem dyplomowanym. Świetny żołnierz, wyróżniający się i inteligencją, i umiejętnością dowodzenia. Związany był z Oddziałem II Naczelnego wodza, a końcu lat 30-tych podjął współpracę z Abwehrą.
Ppłk Diaczenko mieszkał w Suwałkach a jego syn chodził do liceum w Augustowie. Znał on doskonale tamtejszych ludzi i ich wzajemne relacje. Budował więc antysowiecką siatkę w oparciu o obwód PAW pod hasłem wspólnoty polsko-ukraińsko-niemieckiej w walce z komunizmem. Jak się wydaje, Okręg Białystok ZWZ zorientował się w sytuacji i odciął się od kontaktów z PAW. Przyglądając się bliżej PAW można się przekonać, że członkowie tej organizacji starali się „grać na dwóch fortepianach”. Niejednokrotnie przekazywali Niemcom jedynie wybrane wiadomości o Armii Czerwonej, sowieckim aparacie władzy itp., równolegle starali się ukryć przed Abwehrą szczegóły na temat siatek własnych organizacji.
Druga „przechwycona” przez Abwehrę organizacja – Bataliony Śmierci Strzelców Kresowych, działała w okolicach Brańska, Wysokiego Mazowieckiego i Bielska Podlaskiego. Ta powołana przez wysłannika gen. Tokarzewskiego grupa od pewnego momentu zaczęła pracować na rzecz Niemców, co wynikało z przewerbowania jej dowódcy.
Dlaczego o tym mówię? Otóż chciałem pokazać pewien dramatyzm tych ludzi. Dramatyzm ludzi podziemia wciśniętych pomiędzy machinę NKWD dążącą do użycia polskiego podziemia przeciwko Niemcom, z drugiej strony Niemców starających się wykorzystać Polaków przeciwko Sowietom. To była niemal klasyczna „diabelska alternatywa” sowiecko-niemieckiego pogranicza.
Pomimo działań Abwehry białostocka siatka ZWZ-owska uchroniła się od pełnej infiltracji niemieckiej lub sowieckiej, choć poniosła straszliwe straty. W szczytowym momencie Okręg Białystok ZWZ zrzeszał około 4 tys. ludzi, myślę, że pod koniec czerwca 1941 roku to było jedynie 1000-1500.
Ciekawy przypadek stanowi Nowogródczyzna. Tam ZWZ zorganizowali wysłannicy Okręgu Wileńskiego. Dowódca Okręgu Nowogródzkiego ZWZ płk Obtułowicz został schwytany przez Sowietów i zgodził się na współpracę. Po wyjściu na wolność „zerwał się” funkcjonariuszom NKWD i zaczął ostrzegać podkomendnych z ZWZ przed szykowną przez Sowietów prowokacją. Odszukany przez agenturę został otoczony i po krótkiej walce popełnił samobójstwo.
Jak wyglądało podziemie kresowe w liczbach? 25–30 tys. przeszło przez szeregi tej konspiracji. Ponad połowa z nich została aresztowana, dalszych kilka tysięcy wywieziono „prewencyjnie” na Wschód w ramach kolejnych deportacji. Jak się wydaje, pod koniec okupacji sowieckiej, w czerwcu 1941, roku ta konspiracja liczyła około 4–5 tys. ludzi.
Muszę się zgodzić z uwagą Marka Wierzbickiego, który zaznaczył, że uciekłem od porównania okupacji sowieckiej z okupacją niemiecką. Takiej analizy należałoby dokonać. Jednak do tego potrzebna by była książka co najmniej tak obszerna jak Za pierwszego Sowieta. Moim zdaniem warunki konspiracyjne pod okupacją sowiecką były zdecydowanie trudniejsze niż w Generalnej Guberni. Można je natomiast porównywać z warunkami panującymi na terenach Polski zachodniej anektowanych przez III Rzeszę. Na Śląsku, Pomorzu i w Poznańskiem okręgi ZWZ przez dłuższy czas istnieją niemal teoretycznie i są z Warszawy, ponieważ kolejni oficerowie wysyłani tam w latach 1940–1943 byli błyskawicznie aresztowani przez Gestapo.
Podstawa różnica pomiędzy obszarami okupowanymi przez Sowietów i Niemców zasadza się na ideologii, której założenia warunkowały działania okupanta. I tu zasadniczą odmiennością jest to, że Niemcy budowali ostry i zdecydowany przedział między Polakami a Niemcami. Jedynie Volksdeutche mogli aspirować do „normalnego” życia na terenach okupowanych przez Niemców. Jednak przyjęcie niemieckiej listy narodowościowej w GG było różnoznaczne z wykluczeniem się z ram polskiej społeczności. Niemcy, krótko mówiąc, oparli relację z Polakami na fundamencie wykluczenia. Natomiast Sowieci starali się wejść w społeczeństwo, starali się inkorporować, włączać w system poszczególne grupy społeczne. Doprowadzili do sytuacji, w której zatarta została granica pomiędzy przystosowaniem a kolaboracją. W warunkach okupacji niemieckich jasne było, co wolno, a czego już nie. Sowieci zaś nie posługiwali się kluczem narodowościowym. Dla wybranych grup, także polskich, starali się być atrakcyjni. Zdawali się mówić: „Jesteśmy dla was szansą. Chodźcie z nami, a my wam pozwolimy być Polakami, Homo Sovieticus, ale Polakami.” I myślę, że to właśnie ta szeroka strefa szarości i brak jasnych reguł były największymi problemami i przeciwnikami polskiej konspiracji na ziemiach wschodnich II RP.
Relacja ze spotkania w Warszawie, podczas którego został wygłoszony referat











