Ostatnio dodane
-
30 maja w Szczecinie – wykład Andrzeja Krzysztofa Kunerta „Kamienie na szaniec”
15.05.2012 -
Plan pracy na rok 2012
08.05.2012 -
22 maja w Pabianicach – wykład prof. dr hab. Marii Magdaleny Blombergowej „Cmentarze katyńskie”
08.05.2012 -
Plan pracy na 2012 rok
08.05.2012 -
23 maja w Gdańsku – wykład Aleksandra Kozickiego „Działalność Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego II Korpusu w latach 1945–1949 na terenie Palestyny i Austrii”
07.05.2012
Referaty
Milenium Chrztu Polski a Tysiąclecie Państwa Polskiego
prof. dr hab. Jerzy Eisler
Szanowni Państwo,
zacząć wypada od przypomnienia, że w okresie PRL – w oficjalnym obiegu krajowym – o Kościele katolickim i jego funkcjonowaniu w powojennej Polsce pisano właściwie tylko źle. Jednak dyskutowałbym już tutaj z prof. Wiesławem Chrzanowskim co do tego, czy dzieje się tak również po roku 1989. Odnoszę bowiem wrażenie, że niemała część piszących o stosunkach Kościół–państwo w Polsce Ludowej przyjęła – być może z intelektualnego lenistwa, a może z racji rzeczywistych własnych przekonań, naprawdę trudno mi powiedzieć dlaczego – dość uproszczony, dychotomiczny podział na czarno–białe postrzeganie ról, gdzie naturalnie wszelkie odcienie czerni zostały zarezerwowane dla władz partyjno–państwowych. Oczywiście tak też było, ale nie ulega wątpliwości, że ten obraz był bardziej skomplikowany i do jego możliwie wiernego odtworzenia tych barw trzeba użyć więcej.
Zacznę więc może od stwierdzenia, że jak się dzisiaj rozmawia z byłymi działaczami pezetperowskimi, to wszyscy oni, zarówno ci, którzy byli partyjnymi „liberałami” i reformatorami, jak i ci uznawani za „dogmatyków” i partyjnych konserwatystów (może z jednym wyjątkiem Stanisława Kociołka, który w rozmowie ze mną potrafił przyznać, że antyprymasowska manifestacja aktywu partyjnego w czerwcu 1966 r. została zorganizowana na jego polecenie, gdyż jako I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR uznał, że w stolicy „trzeba się zdecydowanie przeciwstawić fali wzbierającego klerykalizmu”) zgodnie twierdzą, że polityka antyklerykalna i gwałtowna akcja ateizacyjna były jednymi z największych błędów władz PRL. Jednocześnie stosunkowo często można usłyszeć, że właściwie było to niepotrzebne. Skoro tak, to nieodparcie nasuwa się pytanie, kto przez 45 lat podpowiadał polskim komunistom tę antyklerykalną, antykościelną, antyreligijną politykę.
Pragnę przy tym wyraźnie podkreślić, że to nie miała być laicyzacja państwa podobna do tej, jaką przeprowadzono we Francji na początku XX wieku. Tu miała być przeprowadzona całkowita ateizacja państwa. I teraz chciałbym – posługując się przykładem Milenium – spróbować pokazać, na czym polegała ta fundamentalna różnica, bo przecież wyrażała się ona nie tylko na poziomie języka.
W stolicy laickiej i świeckiej Francji jest bodaj najwięcej na świecie ulic mających w nazwie „święty”. Nikt nie wpadł tam na pomysł, żeby te „saint” pousuwać, a w Polsce i owszem. Na przykład warszawska ulica św. Wincentego w pewnym momencie stała się na 25 lat po prostu ulicą Wincentego. I może to jest właśnie ta główna różnica między walczącym ateizmem, a laicyzacją. Otóż tu mieliśmy do czynienia z takim właśnie agresywnym ateizmem i obchody Milenium są tego być może najlepszym przykładem. Ale zacznę od samego początku.
Zwracam Państwa uwagę, że data 1966, jeśli traktować ją dosłownie, w zgodzie z naukowymi standardami, nie wyznacza tak naprawdę nic. Bartłomiej Noszczak trafnie napisał w prezentowanym tutaj wydawnictwie albumowym, że to było tysiąclecie „przyjęcia chrztu przez księcia Mieszka I”. I to jest niewątpliwie prawda, ale czy rzeczywiście ktoś z Państwa w 1966 roku słyszał o tym, że w tak bardzo uroczysty sposób obchodziliśmy tysiąclecie chrztu Mieszka I? Przynajmniej ja nie słyszałem wtedy czegoś takiego. Generalnie było to przedstawiane jako Tysiąclecie Państwa Polskiego albo Tysiąclecie Chrztu Polski.
Zastanówmy się jednak chwilę głębiej. Przecież w obu przypadkach mieliśmy wtedy do czynienia z procesami, z pewnymi zjawiskami dłuższego trwania; zatem nie można powiedzieć, że Państwo Polskie powstało w 966 albo – dajmy na to – w 915 r. lub w roku 1007. Proces tworzenia polskiej państwowości trwał przynajmniej kilkadziesiąt lat. Wszyscy też wiemy, że chrześcijaństwo w Polsce nie nastało w roku 966. Wtedy jedynie Mieszko, jego drużyna i dwór przyjęli chrzest. Nawet wiedza o tym nie rozeszła się po kraju lotem błyskawicy, wszak nie była to epoka internetu i telefonów komórkowych. Wiemy też z różnych przekazów, że te Światowidy po lasach stały jeszcze przez wiele lat. Chrystianizacja nie tylko przecież Polski nie dokonała się w oka mgnieniu. Zawsze był to dość długi proces.
Zwracam jednak Państwa uwagę, że niezależnie od siebie obie strony sporu: i kościelna, i partyjno-państwowa, tę symboliczną datę uznały za znakomite pole konfrontacji. Zostało to zaakceptowane praktycznie przez wszystkich. I teraz bardzo ważna rzecz, być może nawet najważniejsza – czym się różniły obchody kościelnego Milenium od obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego? O tym dokładniej będzie mówił Bartłomiej Noszczak, ale już teraz chciałbym zwrócić uwagę na jedną fundamentalną różnicę. Otóż obie strony prowadziły działania – przepraszam za niezbyt tu pasujące określenie – propagandowe: silnie akcentowały oraz chwaliły własne dokonania na tym polu, co jest w końcu normalne. Natomiast tylko władze partyjno–państwowe sięgnęły po czarną propagandę w stosunku do drugiej strony (pomówienia, oszczerstwa, kalumnie), a nawet pod jej adresem posunęły się także do działań o charakterze policyjnym i administracyjnym.
Nie było tak, że jakieś grupy wiernych („katolickich fanatyków”) zatrzymywały na przykład sztafetę, która z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego jechała z Chełma do Zgorzelca. Nic takiego się nie wydarzyło. Pomijając fakt, że z powodów zasadniczych w ogóle nie byłoby to realne, to i tak nikomu nie przyszłoby to nawet do głowy. Natomiast faktem jest, że – jak to wtedy mówiono – milicja kilkakrotnie aresztowała kopię Świętego Obrazu. Faktem także jest, o czym mówił już prof. Wiesław Chrzanowski, że milicjantów z pałkami posyłano przeciwko ludziom wracającym z mszy św. i śpiewającym pieśni religijne. Nikt natomiast nie słyszał i nawet nie myślał o posyłaniu jakichś kościelnych bojówek na wiece organizowane przez struktury partyjno-państwowe. Również pomysły na to, że można urządzać kontrimprezy, były tylko pomysłami jednej strony.
Jest taki jeden mało znany epizod, który pokazuje jak władze PRL nie liczyły się wówczas z kosztami. Kiedy w gronie decydentów wymyślano różne przedsięwzięcia, które miały za zadanie odciągnąć jak najwięcej ludzi od uroczystości religijnych, m.in. ktoś w aparacie partyjnym wpadł na pomysł zorganizowania koncertu zespołu The Beatles, który wtedy był u szczytu popularności na świecie. Gdzie i kiedy ten koncert miał się odbyć? Otóż planowano go na 3 maja 1966 roku w Częstochowie! Był to iście diabelski pomysł. W tym wypadku praktycznie nie liczono się z kosztami. Dlaczego zatem koncertu tego jednak nie zorganizowano? Z bardzo pragmatycznych i prozaicznych powodów. W porę ktoś zauważył, że mogłyby się zmieszać ze sobą dwie ogromne grupy ludzi: młodzieży wracającej z koncertu i wiernych wracających spod Jasnej Góry i w takiej sytuacji milicji trudno byłoby utrzymać kontrolę nad tłumem i zapewnić porządek.
Mam zresztą wrażenie, że przez cały czas mieliśmy do czynienia z myśleniem typowym dla państwa policyjnego, któremu zapewne podobałyby się kościelne obchody, gdyby na przykład kardynał Stefan Wyszyński zawczasu oddawał swoje teksty homilii do czytania i do oceny Władysławowi Gomułce; gdyby władze kościelne pytały przedstawicieli rządu dosłownie o wszystko i realizowały tylko to, na co by im zezwolono. W istocie mieliśmy wówczas bowiem do czynienia z fundamentalnym sporem o to, jaka powinna być i do jakich tradycji powinna odwoływać się Polska u schyłku XX wieku. Dzisiaj znamy już wynik tamtego starcia ideologicznego, ale 40 lat temu optyka była zupełnie inna. Zdecydowana większość ludzi i wierzących, i niewierzących, patrząc na mapę świata i widząc na niej supermocarstwo atomowe, jakim był wtedy Związek Radziecki, myślała, że w wymiarze ziemskim, doczesnym, raczej nie ma wielkich szans na to, aby doczekać wolnej Polski. Pamiętam, jak kiedyś opowiadał mi Andrzej Krzysztof Kunert, że jeden z wyższych oficerów Armii Krajowej, gdy w latach siedemdziesiątych przekazywał mu jakieś pamiątki i dokumenty, stwierdził: „Panie Andrzeju, nasza historia uczy, że 4 pokolenia żyją w niewoli, piąte na wolności. Pan jest drugim pokoleniem, te dokumenty muszą przetrwać”. Na szczęście ów oficer (jak zresztą wielu z nas) mylił się, a zmiany nastąpiły znacznie szybciej, niż można to było sobie wyobrazić.
Teraz chciałbym powiedzieć parę zdań na temat różnic w języku, jakim posługiwały się obie strony milenijnego konfliktu. Warto na przykład pamiętać, że hierarchowie Kościoła katolickiego, w tym i sam kardynał Wyszyński, zwykle używali słowa „naród”, natomiast Gomułka i partyjni działacze na ogół używali słowa „społeczeństwo”. Jednocześnie nie wolno zapominać, iż dla Gomułki w określonej sytuacji politycznej gigantyczną wartością samą w sobie było państwo, ale już dla prymasa, w tamtym konkretnym kształcie – niekoniecznie. Jest to bardzo delikatna sprawa i naprawdę niełatwa do wytłumaczenia.
Wszelako myślę, że – niezależnie od innych czynników – mieliśmy też wtenczas do czynienia ze zderzeniem dwóch bardzo silnych osobowości. Prymas – rzecz jasna – był człowiekiem zupełnie innego rodzaju niż I sekretarz KC PZPR i nigdy nie zdarzyło się, żeby publicznie znieważył Gomułkę, żeby mówił na jego temat rzeczy, które powszechnie uznaje się za obraźliwe. Natomiast Gomułka wielokrotnie mówił w publicznych przemówieniach w ten sposób o kardynale Wyszyńskim, no choćby jako o człowieku o ograniczonej umysłowości. Nie jest to na pewno komplement!
Gdy jednak czyta się opublikowane fragmenty zapisków prymasa, to nagle okazuje się jak bardzo wiele miejsca w jego myśleniu zajmował Gomułka. Kardynał Wyszyński pisał, że Gomułka jest ograniczony, ale nie w sensie głupi, tylko ograniczony w swoim myśleniu i wydaje mu się, że ja nic innego nie robię tylko myślę o tym, o czym on myśli. Strasznie to jest skomplikowane, ale – jak sądzę – dość wiernie to oddałem. Jeżeli zaś o kimś w kółko myślimy, choćby negatywnie, to ten ktoś jest dla nas na pewno ważny. Oni obaj dla siebie byli wzajemnie ważni. Odbyli kilka wielogodzinnych rozmów, które są dokładnie opisane i muszę powiedzieć, że to jest wręcz fascynujące: można dać tyle samo argumentów za przyciąganiem się tych dwóch ludzi pewnymi, paradoksalnie, wzajemnymi podobieństwami, co pokazać tyle samo różnic. Obaj byli nieco anachroniczni, tacy trochę nie z otaczającego ich świata. Gdy mówili o tzw. kwestii niemieckiej, sprawie polskich granic, to – mimo wszystkich dzielących ich różnic – mówili w praktyce jednym głosem. Gdyby pomieszać ich teksty na ten temat, to niejednokrotnie trudno byłoby powiedzieć, które fragmenty są zaczerpnięte z przemówienia Gomułki, a które z homilii kardynała Wyszyńskiego.
Uważam zresztą, że pamiętać trzeba nie tylko o ich silnej wzajemnej niechęci, ale także o ich walce o duchową czy – jeśli ktoś woli – ideową dominację w Polsce zarówno w roku 1966, jak i w przyszłości. O Gomułce można powiedzieć wszystko, ale nie to, że uważał, iż realny socjalizm w Polsce skończy się bardzo szybko. Był przekonany o tym, że system komunistyczny jest na zawsze Polsce dany i wobec tego trzeba polski naród wychowywać inaczej. Wnioski i diagnozy kardynała Wyszyńskiego były diametralnie inne. Komunizm jest w historii Polski czymś przejściowym, wobec tego należy zrobić wszystko, aby Polacy pozostali Polakami, by nie powstał jakiś nowy naród peerelowski. I wokół tego w istocie toczył się spór, wokół tego – moim zdaniem – toczyła się cała rywalizacja o kształt Milenium.
Na koniec jeszcze jedna ważna sprawa, a z perspektywy czasu może nawet kluczowa: kto wygrał tamtą rywalizację? Trudno może w to uwierzyć, ale jeszcze kilkanaście lat temu można było natrafić na książki o ambicjach naukowych, w których napisane było, że strona laicka była niewątpliwym zwycięzcą w starciu milenijnym. Pisali tak nawet czasem ludzie z tytułami profesorskimi. Z dzisiejszej perspektywy nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że rok 1966, do czasu pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II w czerwcu 1979 r., był momentem największego triumfu Kościoła katolickiego w powojennej Polsce. Był to zarazem moment najsilniejszej afirmacji katolicyzmu w Polskim społeczeństwie. Bez wątpienia zwycięzcą w ideowym sporze z 1966 r. została strona kościelna. Okazało się, że – mimo ateistycznych wysiłków podejmowanych przez komunistów – udało się zakonserwować nadspodziewanie dużo z tradycji i z tego wszystkiego, z czego naprawdę możemy być dumni w naszej historii. Bardzo dziękuję.











