Referaty

Bandy reakcyjnego podziemia czy zbrojne podziemie niepodległościowe

Tomasz Łabuszewski

Rodowód pojęcia „bandyta” w terminologii komunistycznej
Rodowód określenia „bandyta” w odniesieniu do żołnierzy podziemia niepodległościowego miał w terminologii komunistycznej bardzo głębokie korzenie, sięgające samych początków działalności PPR. W deklaracji programowej tej organizacji z końca 1943 r. „O co walczymy” nie użyto wprawdzie tego słowa, zarysowano jednak dość jednoznacznie stosunek nowej formacji do polskiej armii podziemnej: „Najważniejszym celem, który sanacja pragnie osiągnąć przy pomocy Armii Krajowej, jest uchwycenie przez nią władzy w kraju w momencie przełomowym. Temu celowi podporządkowuje ona najważniejsze dzisiaj zadanie – walkę z okupantem. Armia Krajowa według rachub sanacji ma być tą siłą, która złamie wszystkie próby ujęcia władzy przez masy ludowe. Zapoczątkowana przez najczarniejszą reakcję plugawa wojna domowa, w której biorą udział i sanacyjne oddziały Armii Krajowej, znajduje swoje ideologiczne źródło w hitleryzmie”. Mianem „bandyci” zwyczajowo natomiast obdarzali członków AK dowódcy oddziałów Gwardii, później zaś Armii Ludowej. W raporcie nr 22 z 27.09.1943 r. Władysława Skrzypka „Grzybowskiego” czytamy: „zapewniłem wszystkich chłopców, że nasz sojusznik nam pomoże, czym tylko będzie mógł, aby ścierwo to wytępić, równocześnie z okupantem. [...] Do 17 października [należy] oczyścić teren naszego obwodu z grup niezorganizowanych, tzn. wcielić w ramy naszych batalionów bez względu na narodowość. Jeśli takowe będą stawiać opór – rozbroić, a jeśli zajdzie potrzeba – rozstrzelać. Reszta dni września i październik – to miesiące całkowitej likwidacji band reakcyjnych na terenie naszego obwodu. [...] Automaty w garści naszych gwardzistów, obecnie żołnierzy Armii Ludowej, to gwarancja zajęcia miast, to gwarancja likwidacji reakcyjnych band”. Problem owego nazewnictwa nie byłby w ogóle wart poruszenia, gdyby nie masowy udział owych partyzantów w tworzeniu komunistycznego aparatu represji – MO czy też UBP – do którego przenieśli oni swój wybitnie wrogi stosunek do przeciwników politycznych z szeregów AK. Przejściowo – wczesną jesienią 1944 r. ww. retoryka zniknęła przynajmniej z niektórych oficjalnych dokumentów sygnowanych przez PKWN, czy też LWP. W wytycznych pracy propagandowej Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego LWP „W sprawie Armii Krajowej” z 5.10.1944 r. znalazły się przynajmniej pozornie pojednawczo brzmiące akcenty propagandowe: „Ze zjednoczonym Wojskiem Polskim wyzwalającym nasze ziemie spod władzy hitleryzmu były i są serca ogromnej większości b. Żołnierzy AK. [...] Obóz demokratyczny zawsze rozumiał konieczność zjednoczenia narodu. Pragnął i umiał jednoczyć patriotyczne elementy wszystkich organizacji, umiał ocenić również ofiarny wysiłek bojownika z AK”. W praktyce owa krótkotrwała zmiana retoryki nie miała jednak większego znaczenia. W tym samym czasie bowiem na obszarze tzw. Polski lubelskiej wojska ochrony tyłów NKWD, wspomagane przez tworzący się dopiero polski aparat bezpieczeństwa, prowadziły masowe represje skierowane przeciwko wszystkim żołnierzom niepodległościowego podziemia.

Legalizm – czyli kto kogo mógł nazwać „bandytą”
Podstawową, z punktu widzenia prawa, kwestią do dyskusji na temat zasadności określenia „bandyta” stosowanego przez komunistów wobec żołnierzy AK jest kwestia legalizmu. W momencie instalowania się na terenach wschodnich Polski władz KRN i PKWN nie miały one żadnej – poza wojskowym wsparciem sowieckim – legitymizacji do występowania w roli reprezentanta tak władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej narodu polskiego. Na uchodźstwie w Londynie funkcjonował cały czas uznawany przez wszystkie państwa, za wyjątkiem Rosji sowieckiej, rząd polski. Co więcej, na mocy dekretu Prezydenta RP z 1.09.1942 r. o tymczasowej organizacji władz na terytorium RP, na terenie okupowanym pozostawał Delegat Rządu na Kraj, pełniący od 22.05.1943 r. funkcję wicepremiera, stojący na czele Krajowej Rady Ministrów. Funkcjonowała legalna reprezentacja polityczna skupiona najpierw w Politycznym Komitecie Porozumiewawczym, od 21.03.1943 r. w Krajowej Reprezentacji Politycznej, a następnie od 9.01.1944 r. w Radzie Jedności Narodowej. Polskie Państwo Podziemne dysponowało także trzecim, oprócz reprezentacji władzy wykonawczej i ustawodawczej, filarem – własną armią stanowiącą część Polskich Sił Zbrojnych, będących z kolei częścią składową sił sojuszniczych. Ww. stan prawy istniał aż do stycznia, w układzie politycznym natomiast aż do czerwca 1945 r. – tj. do momentu uznania przez mocarstwa zachodnie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej za jedynego legalnego reprezentanta narodu polskiego.
 

Aspekty prawne represji
W takiej to sytuacji prawnej 24.08.1944 r. PKWN wydał dekret „o rozwiązaniu wszystkich tajnych organizacji wojskowych i pomocniczo wojskowych”, stawiając w ten sposób poza nawiasem blisko 250-tysięczną grupę członków „legalnej” Armii Krajowej. Ruch ten stanowił jednak tylko początek działań mających, w myśl intencji projektodawców, dać nowej władzy quasi-prawne podstawy do zastosowania wobec potencjalnych i faktycznych przeciwników politycznych represji na masową skalę. Pierwszym z nich był dekret mobilizacyjny z 15.08.1944 r. pozwalający na zastosowanie wobec uchylających się od obowiązku służby w LWP sankcji karnych do kary śmierci włącznie. Kolejnym był dekret z 31.08.1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy oraz dla zdrajców Narodu Polskiego”. Podstawowym orężem sądownictwa komunistycznego w walce z przeciwnikami politycznymi był jednak dekret z 30.10.1944 r. o ochronie państwa, umożliwiający zastosowanie najwyższego wymiaru kary aż z 11 paragrafów. Oprócz złamania podstawowej zasady prawnej ius retro non agit (miał on bowiem wsteczną moc obowiązującą od 15.08.1944 r.) poddawał on jurysdykcji sądów wojskowych wszystkie osoby cywilne, jeśli popełniły one czyn o charakterze politycznym, w tym także zbrodnie stanu przewidziane przepisami Kodeksu Karnego Wojska Polskiego.
 

Ww. akty prawne, zwłaszcza w okresie tzw. Polski lubelskiej, stanowiły jednak tylko uzupełnienie zapisów porozumienia zawartego między PKWN a rządem ZSRR z 26.07.1944 r. poddającego jurysdykcji sowieckiego Naczelnego Wodza wszystkich obywateli pozostających w strefie operacji wojennych (w rzeczywistości nigdy nie doszło do sprecyzowania jakiej to szerokości pas ziemi mieli na myśli projektodawcy ww. dokumentu). W praktyce pozwolił on do końca stycznia 1945 r. na wyekspediowanie na wschód w 47 transportach ponad 40 tysięcy obywateli polskich określonych eufemistycznie mianem „internowanych”. Do tego należy dodać bliżej nieznaną liczbę członków niepodległościowego podziemia aresztowanych oraz zabitych w trakcie operacji przeciwpartyzanckich.
 

„Na rozstaju” – jakie możliwości wyboru miał szeregowy „bandyta”, czyli jak tworzyły się „bandy”
Zasadniczym motywem napływu do organizacji, a w szczególności do oddziałów leśnych, nowych członków były represje tak sowieckiego jak i polskiego aparatu bezpieczeństwa. Zmuszały one setki ludzi do poszukiwania schronienia w najbliższych strukturach konspiracyjnych i często przypadkowego wyboru organizacji. Proces ten wiernie przedstawił w jednym z meldunków b. Komendant Okręgu Białostockiego ppłk Władysław Liniarski „Mścisław” (twórca lokalnej struktury poakowskiej znanej jako Obywatelska Armia Krajowa): „Tłumaczyć chłopu, iż rozwiązanie AK wywołane jest polityką sowiecką w Polsce to tyle samo co się bardzo ośmieszyć. Rozprowadzenie 30 000 obywateli, gdyż tylu jest zorganizowanych, jest niemożliwe, a zagrożeni są wszyscy. Rozprowadzić element najwartościowszy, tj. przeważnie dowódców, pozostawiając resztą na pastwę losu, to czyn na jaki może się zdobyć tylko szubrawiec. Oddziałów leśnych się nie rozprowadzi, bo po rozejściu zbiorą się na nowo, ale w bandę rabunkową. Pozostaje jedno – zorganizować się w samoobronie”. Zjawisko tworzenia się oddolnych inicjatyw zbrojnego oporu nasiliło się zwłaszcza po wspomnianym rozkazie rozwiązującym AK. Dla sporej części jej członków decyzja ta, w zestawieniu z głęboką wiarą w nieuchronność konfliktu pomiędzy aliantami zachodnimi i ZSRR, była całkowicie niezrozumiała. Nie do końca skuteczne w tej sytuacji okazywały się próby spacyfikowania zbrojnych wystąpień przez sukcesorkę AK – Delegaturę Sił Zbrojnych, której dowództwo z płk. Janem Rzepeckim na czele w pełni zdawało sobie sprawę z bezsensowności zbrojnych wystąpień i zgubnej drogi dalszego wykrwawiania się w bratobójczych walkach. Procesu tego nie zlikwidowało również powołanie we wrześniu 1945 r. nowej organizacji – Zrzeszenia WiN bez wojny i dywersji, która nie przewidywała w ogóle istnienia oddziałów bojowych. Dla zdekonspirowanych ściganych żołnierzy podziemia nie było wówczas alternatywy – choć wiara w globalny konflikt zbrojny z wolna słabła, paradoksalnie ich jedynym ratunkiem przed represjami były właśnie oddziały leśne. Tragizm owego braku wyboru doskonale ilustruje fragment ze wspomnień S. Korbońskiego: „Po niezliczonych polskich lasach błąkają się niedobitki zbrojnych oddziałów, z orłami na czapkach, z ryngrafami na piersiach, nie pogodzone z przegraną, walczące z zaciętymi zębami o głodzie i chłodzie już tylko dla honoru, dla protestu, bez nadziei na zwycięstwo, same i opuszczone. Ni to zakon rycerski, ni to banda wydziedziczonych, zmuszona głodem do wystawania po drogach”.
 

Kto to taki „bandyta reakcyjnego podziemia”
Prawdziwym reakcyjnym bandytą w rozumieniu komunistycznych władz był w zasadzie każdy członek polskich organizacji niepodległościowych, którego nazwisko miało nieszczęście pojawić się w trakcie pracy operacyjnej UBP. Nie miało w tym względzie większego znaczenia, kiedy zakończył on swoją działalność niepodległościową – czy wraz z końcem okupacji niemieckiej, czy też zdążył otrzeć się już o konspirację powojenną. O stopniu zainteresowania resortu bezpieczeństwa decydowały bowiem przede wszystkim miejsce i rola jaką pełnił on w organizacji i płynąca stąd wiedza potrzebna do rozpracowania działających nadal struktur podziemnych. Pojęcie bandyty szybko też ulegało znacznemu poszerzeniu o kategorię, którą można określić mianem „bandytów potencjalnych” – mieszczącą osoby niezwiązane bezpośrednio z konspiracją, których jedynym nieszczęściem były najczęściej towarzyskie znajomości z członkami podziemia lub też jedynie przynależność do określonej grupy środowiskowej.
 

Przeciętny „reakcyjny bandyta” swoim pochodzeniem społecznym nie pasował do obrazu wykreowanego przez komunistyczną propagandę. Nie był to ani reakcyjny zawodowy oficer, ani syn dziedzica czy inteligenta, ani nawet syn kułaka. Spośród 997 żołnierzy zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory” z Okręgu Lubelskiego ponad 90% żołnierzy stanowili przedstawiciele tzw. klasy wyzyskiwanej, tj. chłopi – najczęściej średnio i małorolni oraz robotnicy i rzemieślnicy (odpowiednio było ich 78,35% oraz 12,16%). Dla porównania inteligentów i wojskowych zawodowych było tylko 8,84%, ziemian zaś 0,65%.
 

Podziemie niepodległościowe – problem demoralizacji wojną, czyli czy określenie „bandyta” miało uzasadnienie
Problem bandytyzmu – tego pospolitego, będącego wynikiem demoralizacji wynikającej z pięcioletniego okresu okupacji – który chociażby z racji masowego dostępu do broni oraz funduszy bezsprzecznie dotknął niepodległościowe organizacje wojskowe, stanowił stały obiekt troski dowództwa AK, BCh, czy NSZ – NZW. Stał się on szczególnie aktualny w momencie powolnego rozpadu struktur PPP latem 1945 r. oraz pojawienia się na jego gruzach szeregu lokalnych inicjatyw, aspirujących do miana głównego sukcesora po rozwiązanej AK. Mimo że dowództwa wszystkich w zasadzie powojennych organizacji konspiracyjnych zwracały baczną uwagę na problem utrzymania dyscypliny, jednak żadnej z nich nie udało się ostatecznie wyeliminować postępującej demoralizacji. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy była zdecydowanie masowość owych organizacji, skutkująca z kolei przypadkowym sposobem rekrutacji, oraz przedłużające się pozostawanie większości członków AK – WiN – NZW, KWP na nielegalnej stopie – z bronią w ręku, faktycznie poza nawiasem społeczeństwa. Z biegiem lat nawet u osób o silnym charakterze, o wybitnie ideowym podejściu do służby, pojawiały się skłonności do sięgania w różnych sytuacjach po środki ostateczne – tj. po broń. Sprzyjało temu z całą pewnością, postępujące z roku na rok, zwłaszcza zaś po amnestii 1947 r., poczucie osamotnienia, czy wręcz osaczenia.
Osobny, jak się wydaje zasadniczy punkt wyjścia do dyskusji na temat zasadności oskarżeń przez władze komunistyczne oddziałów niepodległościowego podziemia o bandytyzm – nie ten polityczny – ale rzeczywisty, stanowi ocena jakości prowadzonych przez nie działań dywersyjnych.
 

Trzeba jednoznacznie podkreślić, że podstawowym celem tworzenia oddziałów podziemia była samoobrona – tak członków organizacji, jak i niezorganizowanej (niezrzeszonej) ludności – przed represjami polskiego i sowieckiego aparatu bezpieczeństwa. Okoliczności te wyznaczały w znacznym stopniu kierunki podstawowych działań bojowych, prowadzonych tak przez stałe oddziały leśne, jak i patrole terenowe. Na pierwszy plan wysuwały się zwłaszcza tzw. akcje porządkowe, w tym likwidacje najbardziej szkodliwych w odbiorze społecznym funkcjonariuszy milicji, resortu bezpieczeństwa, jak również agentów, stanowiących podstawowe źródło zagrożenia. Miały one jednak – aż do amnestii lutowej 1947 r. – w przytłaczającej większości charakter planowy, oparty na zebranym wcześniej materiale dowodowym. W okresie późniejszym, kiedy struktury stanowiące główne źródło wiedzy o agenturze w większości już nie istniały, decyzję o rodzaju sankcji podejmował sam dowódca oddziału na podstawie danych zebranych przez współpracowników terenowych. Ich jakość, z racji skrajnie ciężkich warunków, była jednak zdecydowania mniejsza – stąd możliwość zaistnienia szeregu pomyłek.
 

Drugą co do wielkości grupą stanowiącą główny obiekt ataków podziemia niepodległościowego byli funkcjonariusze i żołnierze aparatu bezpieczeństwa. Nawet jednak w ich przypadku sam fakt przynależności do którejś z formacji podległych MBP nie był czynnikiem decydującym przy określaniu rodzaju sankcji karnych. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku agentów i informatorów – wiążące były konkretne dowody winy, zebrane przez własne służby wywiadowcze. W odniesieniu do funkcjonariuszy UBP, w związku z bestialstwami jakich się oni dopuszczali, stosunkowo szybko, bo już w 1945 r. zaczęła zresztą obowiązywać zasada odpowiedzialności zbiorowej, skutkująca każdorazowym rozstrzelaniem schwytanego pracownika resortu. Na odmienny stosunek zwłaszcza do funkcjonariuszy MO znaczący wpływ miała powszechna wśród członków podziemia, przynajmniej początkowo, opinia na temat decydującej roli, jaką powinni oni odegrać w zwalczaniu pospolitego bandytyzmu, będącego prawdziwą plagą lat powojennych.
 

Kończąc przegląd podstawowych typów działań podziemia powojennego, nie sposób pominąć akcji ekspropriacyjnych i rekwizycji, zwłaszcza że akurat ich odbiór społeczny nie był już tak jednoznaczny, po pierwsze z uwagi na masowość zjawiska, cele na jakie uzyskane środki były przeznaczane, po drugie z powodu wielu przypadków patologii, jakie im, niestety, towarzyszyły. To właśnie w tej dziedzinie najjaskrawiej dawał znać o sobie ów nieformalny, obiegowy podział na tzw. leśnych i nocnych. Leśnych – żołnierzy stałych oddziałów partyzanckich, poddanych rygorom wojskowej dyscypliny (zasadniczą rolę odgrywały osobowość i autorytet dowódcy), oraz nocnych – członków nieformalnych, tworzonych doraźnie z siatki terenowej patroli, nad którymi w miarę rozpadania się organizacji i coraz to łatwiejszego dostępu do broni nikt nie sprawował należytej kontroli. W tym wypadku granica pomiędzy zwykłym bandytyzmem a działaniami niepodległościowymi była już doprawdy iluzoryczna. Pozostaje jednak pytanie, czy wobec łamania przez jej członków podstawowych zasad organizacyjnych były to jeszcze formacje zbrojnego podziemia, czy tylko grupy podszywające się pod określone szyldy organizacyjne. Wydaje się, że dokonujący takiego wyboru owi nocni – świadomie stawiali się poza nawiasem rzeczywistych struktur konspiracyjnych. Faktem jest też, że w przypadku odkrycia przez dowództwa, zwłaszcza WiN, podobnych praktyk, w stosunku do winnych wyciągane były jak najsurowsze konsekwencje – do kary śmierci włącznie. Wśród „dobrze prowadzonych” grup tzw. leśnych nie było w zasadzie miejsca na dowolne traktowanie własności prywatnej, a kwestia nieobciążania materialnie i tak zrujnowanej wojną i kontynentami ludności traktowana była jako rzecz nadrzędna.
 

Na zakończenie warto zatrzymać się jeszcze chwilę nad charakterystycznym dla wszystkich organizacji poakowskich, a także obozu narodowego, aspektem działań, a mianowicie zwalczaniem zwykłego bandytyzmu, co najwyraźniej sytuowało je na pozycjach obrońców praworządności, nie zaś zwykłych „band” – jak to głosiła oficjalna propaganda. Zajęcie się przez oddziały WiN, NZW zwalczaniem przestępstw kryminalnych stanowiło w zasadzie jedynie dopełnienie szeroko rozumianego pojęcia samoobrony społeczeństwa, było także wyrazem potrzeby chwili. Uzupełniało bowiem również w zasadniczy sposób brak dostatecznej uwagi i zaangażowania w tej dziedzinie służb odpowiedzialnych ustawowo za utrzymanie porządku, dla których głównym zadaniem aż do połowy lat pięćdziesiątych pozostawała przecież walka z reakcją. W jednej z ulotek WiN sugerowano wprost, iż ów brak zainteresowania MO i UBP przestępczością powodowany był względami politycznymi: „Wobec często powtarzających się wypadków bandytyzmu, kradzieży i innego wymuszania oraz zwalania winy przez milicję i UB na oddziały leśne WiN – wyjaśniamy, już nie po raz pierwszy, że z bandytyzmem nic wspólnego nie mamy i nie my kradniemy, nakładamy kontrybucje i dokonujemy prowokacyjnych napadów. My właśnie niszczymy bandytyzm, a nie milicja i UB, gdyż milicja i UB ma co innego do roboty. To właśnie milicja i UB organizuje napady prowokacyjne na księży i spokojnych mieszkańców.
 

Metody pracy aparatu bezpieczeństwa – czyli kto był prawdziwym bandytą                                                                              „Musimy stworzyć owy typ milicjanta – szermierza demokracji – mówił podczas jednej z odpraw dla dowództwa MO szef resortu bezpieczeństwa S. Radkiewicz. [...] Ten nowy typ milicjanta musi zasadniczo różnić się od starego granatowego policjanta. Korupcja i sprzedajność, brak poczucia etyki, skrupułów i moralności, ideowości i patriotyzmu – oto charakterystyczne cechy policjanta granatowego w Polsce do 1939 r. Nam potrzebny jest inny typ milicjanta – typ świadomego obywatela, sługi państwa demokratycznego. Wysoka duchowa, moralna i etyczna postawa, bezgraniczne oddanie sprawie Polski, ideowy patriotyzm”. Czy typ owego ideowego, świadomego funkcjonariusza-patrioty udało się rzeczywiście stworzyć?
 

O niepokoju związanym z łamaniem podstawowych zasad praworządności przez aparat represji mówił już podczas posiedzenie KC PPR w maju 1945 r. sam bynajmniej nie posądzany o zbytni liberalizm Wiesław Gomułka: „Organa bezpieczeństwa robią robotę, która na ogół nie sprzyja popularności, która wytwarza im taką opinię ujemną w narodzie, jakiej żaden inny organ nie posiada. To jest często zasłużona opinia i dlatego trudno z nią walczyć. [...] daje się u nas w więzieniach ludziom zwierzęce warunki. Z tym trzeba skończyć. Ludzie albo się demoralizują, albo odchodzą”. Trudno odmówić było I sekretarzowi PPR racji, skoro w meldunkach ówczesnych władz znaleźć można było setki informacji mówiących o pospolitych rabunkach i mordach dokonywanych głównie ze zwykłej chęci zysku, w mniejszym zaś stopniu z powodów politycznych, zarówno przez funkcjonariuszy milicji, UBP, jak żołnierzy sowieckich. W piśmie skierowanym 7.08.1945 r. przez wojewodę białostockiego do ministra spraw zagranicznych czytamy: „Powołując się na poprzednie swoje meldunki o grabieżach, niszczeniu mienia, gwałtach i zabójstwach dokonywanych przez żołnierzy i całe oddziały Czerwonej Armii na obywatelach polskich komunikuję, że niedopuszczalne te wybryki ze strony Czerwonej Armii przybrały charakter masowy, przechodząc niejednokrotnie i coraz częściej w pogromy i niszczenie równe akcji frontowej w stosunku do nieprzyjaciela. [...] Sterroryzowana ludność zamieszkała w miejscach pobytu jednostek Czerwonej Armii opuszcza swoje siedziby, ucieka do lasu, względnie do innych osiedli i nie podejmuje prac żniwnych”.
 

Podstawowym wyznacznikiem jednoznacznie złej opinii społeczeństwa o UBP, lokującej funkcjonariuszy tej formacji raczej w gronie najgorszego autoramentu bandytów, nie zaś szanowanych stróżów prawa, był ich stosunek do obywateli, znajdujący najbardziej jaskrawe odbicie w stosowanych przez nich metodach śledczych. W aktach wojskowej prokuratury rejonowej w Rzeszowie zachowały się opisy świadczące o dużej inwencji pracowników WUBP z tego miasta. „Specjalnością kpt. Oleńczuka było niebezpieczne ogłuszające uderzenie brzegiem ręki w szyję, przysiady w ilości kilkuset, pozostawanie w pozycji w kucki z wyciągniętymi w górę rękoma, tzw. poziomka polegająca na wznoszeniu wyprężonego ciała w oparciu o końce stóp i dłoni, tzw. myślenie, tj. stójka na jednej nodze z głową wspartą na ręce podpartej kolanem drugiej nogi, pozostawanie przez dłuższy czas w pozycji skośnej z podparciem głowy o mur a rękoma założonymi na plecach, wielogodzinna stójka, przerywana jedynie przesłuchaniami, podczas których bito osadzonych w ciemnicy bez ubrania lub boso, ugniatanie palców nóg i rąk, sadzanie na nodze odwróconego taboretu z nogami uniesionymi w górę lub wspartymi o krawędź stołu”. Poczucie bezkarności i niczym nieograniczona władza nad oskarżonymi, którzy według przyjętych odgórnie kryteriów zawsze powinni okazać się winni, sprawiała, że pojęcie bandytyzmu – w tym wypadku urzędowo usankcjonowanego – pasowało do tego środowiska ewidentnie. Niestety, nie ograniczało się ono tylko do niego.
 

Deprawacja, poparta intensywną, ukierunkowaną na pobudzenie nienawiści do wroga klasowego propagandą, z roku na rok zataczała coraz to szersze kręgi, obejmując wszystkie formacje wchodzące w skład komunistycznego aparatu represji, a więc Milicję Obywatelską, ORMO, KBW czy WOP. O ile w 1945, a nawet 1946 niejednokrotnie zdarzały się przypadki odmowy strzelania do partyzantów lub częściej do bogu ducha winnej ludności cywilnej, o tyle po 1947 r. przypadki bestialstwa i zwykłego zbandycenia pojawiały się coraz częściej. W liście do swojego podkomendnego jeden z dowódców partyzanckich kpt. Władysław Łukasiuk „Młot” pisał: „Orientuję cię w sytuacji za Bugiem. Wszystkie Wujki i Stryjki zrabowane, że nic nikomu nie zostało, tylko gołe obory i domy. Dużo ludzi zostało aresztowanych i nawet dużo rozstrzelanych bez żadnego sądu na miejscu, w samych Głodach zostało rozstrzelanych 6 osób”. Wrogie, wykraczające poza ramy regulaminowe, zachowanie szeregowych żołnierzy KBW przebija także z meldunków składanych przez dowództwo tej formacji z kolejnych operacji przeciwko ostatnim grupom podziemia. W raporcie z operacji przeciwpartyzanckiej z lata 1948 r. skierowanej przeciwko VI Brygadzie Wileńskiej działającej na Podlasiu dowódca grupy operacyjnej KBW pisał: „Pomimo zastosowania pokaźnego arsenału środków operacyjnych, nie zdołano jeszcze przełamać stosunku mieszkańców do obecnej rzeczywistości. Dlatego też w bieżącym planie działania jednym z zasadniczych celów jest głębsze przeoranie tego terenu i zmobilizowanie wszystkich środków zdobytych w początkowej fazie operacji do czynnej walki z bandytyzmem. Analiza postępowania oparta na doświadczeniach wniosła cały szereg nowych momentów, jak np. bardziej dokładnej i bezwzględnej rewizji u osób wytypowanych przez organa UB”. W praktyce te eufemistyczne określenia sprowadzały się do rujnowania gospodarstw osób podejrzanych o sprzyjanie organizacjom niepodległościowym.
 

Jedną z charakterystycznych metod pracy polskiego resortu bezpieczeństwa stały się także skrytobójcze lub też całkiem jawne zabójstwa przeciwników politycznych, bądź też tylko zwykłych ludzi prezentujących, na swoje nieszczęście, odmienne poglądy. Jednym z mniej znanych przykładów takiego właśnie mordu było zabójstwo dokonane 25.05.1946 r. przez stróżów prawa z posterunku MO w Zawidzu na sekretarzu powiatowym PSL z Sierpca – Franciszku Łazowskim. Wyciągnięty siłą z zebrania przez funkcjonariuszy został on brutalnie pobity na posterunku, a następnie zastrzelony na ulicy. Jeden ze świadków owej zbrodni zeznawał w kilka dni później: „Widziałem, jak trzech milicjantów dobiegło do leżącego człowieka i zaczęło go szarpać. Człowiek ten leżał przy furtce na chodniku obok plebani. Milicjanci strzelali do człowieka pociskami świetlnymi z odległości około 30 metrów. Człowiek leżący na chodniku mówił do nich: »Nie bijcie mnie, jestem w obie nogi ranny«. Na to jeden z milicjantów odezwał się: »Jazda, skurwysyni, na posterunek«. A następnie wszyscy trzej zabrali go z tego miejsca i zawlekli go na plac przy stawie. [...] Dwóch milicjantów odeszło od tego człowieka na posterunek, a pozostał się jeden i ten po upływie jednej minuty wystrzelił trzy razy z karabinu”. Jeden ze strzałów oddany w głowę okazał się być śmiertelny. Z uwagi na dużą liczbę świadków nie było żadnych problemów z identyfikacją mordercy, którym był funkcjonariusz z miejscowego posterunku. Podczas procesu tak tłumaczył się on ze swojego postępku: „Będąc sam przy rannym Łazowskim zastrzeliłem go, gdyż byłem zdenerwowany tym, że milicjant Wróblewski strzelał w moim kierunku. Zabójstwa dokonałem w ten sposób, że zarepetowałem karabin i strzeliłem Łazowskiemu w głowę”. Znamienna dla podejścia ówczesnego wymiaru sprawiedliwości do tego typu przestępstw była opinia szefa Departamentu Służby Sprawiedliwości MON płk. Henryka Holdera, który we wniosku o ułaskawienie pisał: „Wydaje się krzywdzącym, by w czasie, gdy najwięksi przestępcy, mający niejednokrotnie na sumieniu dziesiątki mordów uczciwych obywateli, korzystają z zupełnego przebaczenia im win – pozostawał w więzieniu człowiek, który niezależnie od ciężkiej wagi dokonanego przezeń przestępstwa – nie działał jednak z pobudek niskich, a tylko w mylnie pojętym interesie ustroju demokratycznego”. W rezultacie, pomimo skazania przez WSR w Warszawie J. Łubińskiego na karę śmierci, został on ułaskawiony, a następnie zwolniony już po roku pobytu w więzieniu.
 

Wymiar zbrodni, zwyrodnienia i deprawacji, jaki towarzyszył pracy resortu bezpieczeństwa, najlepiej podsumuje jeden z okrytych najbardziej ponurą sławą funkcjonariuszy MBP płk Jacek vel Józef Różański, od 1947 r. dyrektor Departamentu Śledczego. W złożonej prawdopodobnie jesienią 1954 r. samokrytyce przed specjalną komisją powołaną przez KC PZPR mówił on: „Robiliśmy otwarcie szereg skandalicznych rzeczy, robiłem ja sam, biłem po twarzy i nie tylko po twarzy. Robiłem to z głębokim przeświadczeniem, że to są wrogowie. Szereg pracowników przyniosło doświadczenie bicia z prowincji. [...] Przysiady do nas przywędrowały, wiedziałem o ich stosowaniu, tolerowałem to. Plucie w twarz stosowałem. [...] Doszło do pewnej degeneracji, do pewnego sadyzmu u niektórych pracowników, u mnie sadyzmu nie było. [...] Dziś też byśmy bili terrorystów. Ale tolerowałem nie tylko bicie przy terrorze, bito w szeregu wypadków, kiedy nie trzeba było tego robić. Przebywaliśmy w systemie bicia, biło się od chwili złapania bandyty. [...] Do nas przyszło wiele elementu z okresu okupacji, przynieśli oni obce metody, które były częstokroć stosowane, ale dowiadywaliśmy się o nich pobocznie”.
 

Najlepszym, może nieco lakonicznym podsumowaniem ww. problematyki wydaje się napis umieszczony na kamieniu pamiątkowym w powiecie Bielsk Podlaski w miejscowości Boćki. Obok pomnika milicjantów poległych w walce z „bandami” o utrwalenie władzy ludowej okoliczna ludność ufundowała w 1990 r. napis tej treści: „Pomnik ten pochodzi z okresu, w którym gwałt uchodził za męstwo, a cnota i patriotyzm były reliktem przeszłości”.
 

Relacja ze spotkania w Warszawie, podczas którego został wygłoszony referat

A
A+
A++
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Wstecz